Ania - sesja kobieca

Paweł Kuźmicki

To była sesja z cyklu „spotkanie po latach”, i to dosłownie! Z Anią znamy się tak długo, że oboje nie pamiętamy już momentu, w którym nasze drogi skrzyżowały się po raz pierwszy. Podczas zdjęć żartowaliśmy nawet, że na wspólną sesję umawiamy się średnio raz na siedem lat – taka nasza mała, fotograficzna tradycja.

Tym razem Ania przyszła do mnie z bardzo konkretną wizją. Sama przygotowała stylizacje, wymyśliła ogólny klimat, a mnie poprosiła o jedno: żebym zrealizował jej pomysł, ale oczywiście po swojemu.

Na miejsce akcji wybraliśmy zaprzyjaźnione Studio Przedmieście w Świdnicy. Uwielbiam to miejsce – jest tak uniwersalne i wszechstronne, że trudno o drugie takie w okolicy. Podczas jednej sesji można tam przejść płynnie od eleganckich kadrów fashion, przez ujęcia skąpane w naturalnym słońcu, aż po mroczny, gęsty klimat rodem z horroru.

Tym razem skupiliśmy się na zabawie światłocieniem i estetyce fashion. Pierwszą połowę sesji zrobiliśmy przy naturalnym świetle wpadającym przez wielkie okna studia – mocne słońce tworzyło tam konkretne, ostre światłocienie, które uwielbiam. Druga część sesji była dla mnie wyjściem ze strefy komfortu. Na co dzień jestem fanem światła naturalnego, ale tym razem całkowicie je porzuciłem na rzecz lamp studyjnych. Dawno nie pracowałem ze światłem w pełni kreowanym, więc była to dla mnie bardzo miła i odświeżająca odmiana.

Stylizacje Ani idealnie „zagrały” z tym twardym światłem. Skórzana spódnica, bardzo wysokie szpilki i dwie różne kurtki – najpierw szara ramoneska, a później czarna skóra – dodały całości charakteru i mocnego, modowego sznytu. Wyszło odważnie, stylowo i z pazurem.

Anka, dzięki za zaufanie i… do zobaczenia za 7 lat!

Zapraszamy do kontaktu. Chętnie umówimy się na kawę w celu poznania się i omówienia ewentualnej współpracy.

Kontakt

Dominika i Piotr

Paweł Kuźmicki

To był jeden z tych projektów, które sprawiają, że serce bije odrobinę szybciej – i to nie tylko ze względu na piękne widoki w Górach Sowich. Dominika i Piotr po prostu chcieli uwiecznić wspólnie swoją relację i to, co ich łączy. Czysta radość z bycia razem, zatrzymana w kadrze.

Jednak był jeden haczyk: Dominika sama jest fotografką. I powiem Wam szczerze – nieważne, ile lat trzymam aparat w ręku, sesja dla kogoś z branży zawsze niesie ze sobą dreszczyk emocji. W głowie pojawia się ta naturalna ciekawość: „Jak ona widzi świat?”, „Czy moja estetyka zgra się z jej spojrzeniem?”.

Para wymarzyła sobie sesję w totalnie jesiennym klimacie. Złote liście na drzewach, wyschnięte, żółte trawy i to specyficzne, niskie, poranne słońce, które o tej porze roku maluje góry na ciepło. Wybór padł na Góry Sowie, które jesienią wyglądają jak z obrazka. Żeby wycisnąć z tego poranka jak najwięcej, nie traciliśmy czasu na długie wędrówki szlakami – przemieszczaliśmy się autem między sprawdzonymi punktami, łapiąc najlepsze światło tam, gdzie akurat było najbardziej fotogeniczne.

Co najfajniejsze, Dominika i Piotr nie mieli wobec mnie żadnych sztywnych oczekiwań. Postanowili całkowicie mi zaufać i oddać stery w moje ręce. To zawsze miły gest, szczególnie ze strony innego twórcy, choć oczywiście motywuje do tego, by dać z siebie 110%.

Finalnie, kiedy zobaczyłem ich reakcje, mogłem spokojnie uznać misję za wykonaną. Powiedzieli, że są bardzo zadowoleni, a zdjęcia trafiły w ich gust. Skoro inna fotografka przybija mi „piątkę” pod materiałem, to chyba faktycznie udało nam się stworzyć coś fajnego!

Zapraszamy do kontaktu. Chętnie umówimy się na kawę w celu poznania się i omówienia ewentualnej współpracy.

Kontakt

Ela i Mariusz

Paweł Kuźmicki

To był fotoreportaż z tych, które udowadniają, że krótka forma może mieć w sobie mnóstwo treści i emocji. Ela i Mariusz postawili na konkret, ale z zachowaniem tego, co najważniejsze – bliskości i spokoju.

Zaczęło się u Mariusza. Przygotowania przebiegły dokładnie tak, jak powinny: w pełnym opanowaniu, bez zbędnego napięcia i zegarka w ręku. Przy wsparciu mamy i świadka wszystko poszło sprawnie, a Mariusz znalazł nawet czas na chwilę z kawą, by zebrać myśli przed tym, co miało nadejść.

U Eli atmosfera była nieco inna – więcej osób, nieco więcej ślubnej adrenaliny i stresu, ale wszystko to przykryte grubą warstwą uśmiechu i szczerej radości. Ten moment, kiedy Mariusz przyszedł po Elę i zobaczył ją po raz pierwszy w sukni ślubnej, był po prostu bezcenny. Widziałem po jego minie, że był pod ogromnym, pozytywnym wrażeniem. To był ten krótki, intymny moment „wow”, który uwielbiam łapać na zdjęciach.

Sama uroczystość odbyła się w Urzędzie Stanu Cywilnego w Kudowie-Zdroju. Krótko, konkretnie i bardzo uroczyście. Po wszystkim ruszyliśmy na obiad do Pałacu Kamieniec. I tutaj małe sprostowanie – nazwa sugeruje ogromne zamczysko, a w rzeczywistości to przepiękny, kameralny hotel, który z zewnątrz przypomina stylowy dworek. Co dla mnie osobiście było najbardziej niesamowite, to atmosfera, jaka panowała między nami. Choć z Elą i Mariuszem widzieliśmy się pierwszy raz w życiu dopiero w dniu ślubu, od razu zostałem potraktowany jak członek rodziny.

Obiad zjedliśmy w jednej z pałacowych sal, w zupełnie spokojnej, domowej atmosferze. I tutaj muszę wspomnieć o czymś, co sprawiło, że mocno opuściłem swoją strefę komfortu. Prywatnie nie jadam grzybów – unikam wszystkiego, co z nimi związane. Tymczasem na obiad podano zupę borowikową z musem z borowików… Pomimo ogromnej niechęci, nie chciałem robić przykrości ludziom, którzy tak fantastycznie mnie przyjęli. Postanowiłem podjąć wyzwanie i zjadłem. Przeżyłem! I muszę przyznać, że była to mała cena za tak świetne towarzystwo.

Tuż po obiedzie ruszyliśmy na sesję. Zaczęliśmy w genialnej hotelowej bibliotece, która nadała zdjęciom nieco powagi i klimatu, a skończyliśmy w ogrodzie. Zachód słońca zrobił nam tam genialną robotę – światło było miękkie, ciepłe i idealnie domknęło historię tego dnia.

Zapraszamy do kontaktu. Chętnie umówimy się na kawę w celu poznania się i omówienia ewentualnej współpracy.

Kontakt

Teresa i Kamil

Paweł Kuźmicki

To była prawdziwa lekcja tego, że w fotografii ślubnej nie ma czegoś takiego jak „zła pogoda” – są tylko nowe możliwości! Kiedy myślę o Teresie i Kamilu, od razu widzę ten kontrast. Z jednej strony nasza sesja narzeczeńska: szalona zabawa na łące, wysoka trawa i słońce, które nas wręcz rozpieszczało. Z drugiej strony dzień ślubu, który przywitał nas ścianą deszczu.

Lało praktycznie przez cały czas. Z perspektywy fotografa to zawsze wyzwanie, ale miało to swój plus – goście od progu trzymali się razem na sali, co od razu podbiło temperaturę imprezy. My jednak nie zamierzaliśmy się poddawać. Gdy tylko deszcz na moment odpuścił, ruszyliśmy pod starą stodołę. Jej wielkie drzwi i ściana gęsto pokryta bluszczem okazały się genialnym tłem do spontanicznych zdjęć. Zrobiliśmy tam mini plener i szybkie ujęcia z gośćmi, które dały wszystkim mnóstwo radości – może właśnie dlatego, że były robione „na partyzanta” między jedną ulewą a drugą!

Sama ceremonia odbyła się w Bazylice Mniejszej w Ziębicach. To potężna, majestatyczna świątynia. Choć jej wnętrze jest dość ciemne, to dla fotografa jest tam masa zakamarków i gry świateł, które pozwalają na naprawdę nieszablonowe kadry. Moment wejścia Pary Młodej był wyjątkowo wzruszający – na wejście zaśpiewała im świadkowa, Agata, i muszę przyznać, że ciarki były gwarantowane.

Na wesele przenieśliśmy się do Zajazdu Derkacz, gdzie za sterami stanął DJ Waldemar House. Waldek to taki typ, który z pozoru wydaje się cichy i spokojny, ale jak już złapie za mikrofon i odpali sprzęt, to rozkręca imprezę na medal! A skoro o rozkręcaniu mowa – Teresa i Kamil zaserwowali gościom coś, co totalnie skradło moje serce. Zamiast tradycyjnego, słodkiego tortu, wjechała… pizza! Młodzi sami ją pokroili i podali gościom. Muszę Wam zdradzić, że ja osobiście za pizzą jakoś szczególnie nie przepadam, ale ta była naprawdę bardzo dobra. Goście za to byli totalnie zachwyceni i dla mnie to absolutny hit oraz genialna alternatywa, która idealnie pasowała do ich luźnego podejścia.

Na sesję poślubną pierwotnie planowaliśmy pałacowe wnętrza, ale życie zweryfikowało te plany i finalnie wylądowaliśmy w naszych Górach Sowich. I wiecie co? Nie mogło być lepiej! Zrobiliśmy jesienną sesję pełną ciepła, radości i szczerych przytulasów wśród rudych liści. Czasami to, co spontaniczne i nieplanowane, wychodzi najlepiej.

Tereso, Kamilu – dzięki za ten dystans do deszczu i za najlepszy „tort” sezonu!

 

Tego dnia towarzyszyła nam również Iwona jako ContentCreator – IS Ślubnych Wspomnień

Zapraszamy do kontaktu. Chętnie umówimy się na kawę w celu poznania się i omówienia ewentualnej współpracy.

Kontakt

Ola i Bartek

Paweł Kuźmicki

To była historia pełna rodzinnego ciepła, ognistego temperamentu i... małego błędu w Matrixie! Kiedy myślę o ślubie Oli i Bartka, od razu przypomina mi się ten niesamowity balans między totalnym szaleństwem na parkiecie a klimatem slow wedding, który panował w ogrodzie.

Zaczęło się od przygotowań w Krotoszynie. U obojga gościł ten sam scenariusz: duży luz, dużo śmiechu i zero niepotrzebnej spiny. Ta rodzinna atmosfera towarzyszyła nam przez cały dzień, ale to, co działo się później w Restauracji Wawrzyniak, na długo zostanie mi w pamięci.

Zacznijmy od muzyki, za którą odpowiadał DJ Schock. I tutaj muszę się Wam do czegoś przyznać – przeżyłem niezłe zdziwienie. Wchodzę na teren obiektu, witam się z DJ-em, który stoi na zewnątrz. Sekundę później wchodzę na salę, a tam… znów on! Ten sam gość, stoi za konsolą. Przez chwilę myślałem, że to jakieś czary albo nadmiar emocji, a okazało się, że za sterami siedzieli bracia bliźniacy – Piotr i Paweł. Trzeba przyznać, że chłopaki robią robotę, bo parkiet dosłownie płonął!

Kiedy goście potrzebowali złapać oddech, ogród Restauracji Wawrzyniak stawał się idealną strefą relaksu z drinkami i rozmowami. To właśnie tam odbył się jeden z najbardziej spektakularnych momentów wieczoru – podanie tortu. Nie było tradycyjnie i nudno; w tle wystrzelono kolorowe race, co stworzyło genialne widowisko. Całość dnia zwieńczyliśmy klimatyczną sesją z zimnymi ogniami, które zawsze dodają tej odrobiny magii.

Na sesję plenerową miałem jednak zupełnie inny pomysł. Chciałem podkreślić styl vintage i nadać zdjęciom nieco onirycznego, miękkiego charakteru. Wykorzystałem stary fotograficzny patent i… założyłem pończochę na obiektyw. Efekt? Dokładnie taki, jakiego szukałem! Ola i Bartek bawili się doskonale, tańcząc w promieniach zachodzącego słońca, a ja mogłem uwiecznić ich radość w sposób, który wygląda jak z klatki starego filmu.

Ola, Bartek – dzięki za tę dawkę energii i za to, że daliście się namówić na moje fotograficzne eksperymenty!

PS. Nie mogę nie wspomnieć o pewnej bohaterce drugiego planu! Jedna z pań dzień przed ślubem doznała kontuzji kostki i nie była w stanie sama chodzić. Na szczęście znalazł się bohater, który pomógł jej się przemieszczać i zrobił to w bardzo oryginalny sposób – nosząc ją na ramieniu przez całą imprezę. Takich gości tylko pozazdrościć!

Zapraszamy do kontaktu. Chętnie umówimy się na kawę w celu poznania się i omówienia ewentualnej współpracy.

Kontakt

Ewelina i Rafał

Paweł Kuźmicki

To była historia z serii „pozory mylą”! Ewelina i Rafał to para, która na pierwszy rzut oka zdaje się być oazą spokoju i opanowania, ale wystarczy dosłownie iskra, jeden impuls, żeby odpalili się ze swoim szaleństwem i pokazali, co to znaczy dobra zabawa.

Już na sesji narzeczeńskiej, którą zrobiliśmy na łące skąpanej w promieniach zachodzącego słońca, czuć było tę fajną energię. Ale to, co działo się w dniu ślubu, przerosło moje oczekiwania. Przygotowania? Totalny luz. Do tego stopnia, że Rafał po wbiciu się w garnitur, uznał, że ma jeszcze chwilę, więc wraz ze świadkiem rozegrali szybki mecz w Fifę na konsoli. Takie podejście do „godziny zero” to ja szanuję!

Do ślubu ruszyli stylowym, zielonym Garbusem. Sama uroczystość odbyła się w przepięknym Kościele pw. Wniebowzięcia NMP w Kamieńcu Ząbkowickim. Ponieważ Rafał z zawodu jest policjantem, koledzy z pracy przygotowali dla nich uroczysty szpaler – moment wejścia i wyjścia z kościoła wyglądał dzięki temu niesamowicie godnie i filmowo.

Wesele odbyło się w „Karolówce” w Paczkowie. Zacznijmy od tego, że pierwszy taniec w ciężkim dymie był po prostu magiczny, ale to był tylko wstęp. Wykorzystaliśmy ogród Karolówki, żeby wraz z ich przyjaciółmi zrobić sesję z racami dymnymi – wyszedł z tego niezły ogień! Oczywiście, jak to w życiu bywa, nie wszystko dało się zaplanować w stu procentach. Kiedy na zakończenie dnia wymarzyliśmy sobie nocne zdjęcia przy napisie LOVE, pogoda postanowiła spłatać nam figla. Zaczął padać deszcz, więc musieliśmy urządzić sobie polowanie na każdą minutę przerwy w opadach, żeby złapać te wymarzone kadry. Udało się!

Na sesję poślubną uciekliśmy od natury. Ewelina i Rafał, podobnie jak ja, stwierdzili, że lasy i łąki to nie ich bajka, za to miejska dżungla pasuje im idealnie. Padło na Łódź i legendarną ulicę Piotrkowską. Przez kilka godzin zwiedzaliśmy wąskie uliczki, ukryte przejścia i klimatyczne podwórka starych kamienic. Był czas na szybką kawę i coś, co kompletnie skradło show – sesja na hulajnogach elektrycznych! Młodzi śmigali nimi po „Pietrynie” w ślubnych strojach, a przechodnie oglądali się za nami z nieskrywaną zazdrością. Nie mogliśmy też odpuścić łódzkich murali, które stały się genialnym tłem dla ich miejskiego, nowoczesnego klimatu.

Ewelina, Rafał – dzięki za ten dystans i za to, że pozwoliliście mi uwiecznić Wasze „drugie, szalone oblicze”!

Zapraszamy do kontaktu. Chętnie umówimy się na kawę w celu poznania się i omówienia ewentualnej współpracy.

Kontakt

Gosia i Kuba

Paweł Kuźmicki

To był ślub z tych, na które fotograf czeka, przebierając nogami i odliczając dni w kalendarzu! I nie chodziło tylko o to, że Para Młoda jest niesamowicie sympatyczna, czy o genialne miejsce na wesele, ale o to, że wiedziałem, na co się piszę. To było kolejne spotkanie z ekipą, przy której czuję się po prostu jak wśród swoich. Nie ma nic lepszego niż wejście na imprezę, gdzie połowa gości to już Twoi dobrzy znajomi!

A skąd my się w ogóle znamy? Gosię i Kubę poznałem kilka lat wcześniej na weselu Emilii i Kamila – brata Gosi. Pamiętałem doskonale, jaki ogień był wtedy na parkiecie, więc teraz też byłem pewny, że nikt nie będzie podpierał ścian. Nie myliłem się, ale zacznijmy od początku.

Przygotowania odbyły się w całym Kompleksie Dworzysko i muszę przyznać, że ta przestrzeń daje niesamowite możliwości. Klimat od rana był totalnie na luzie – zero spiny, stresu czy zbędnego pośpiechu. Wyszliśmy na świeże powietrze, żeby złapać przygotowania Kuby w ogrodzie, a Gosia szykowała się na balkonie Dworu Idy. Musieliśmy jednak działać dość sprawnie, bo niebo zaczęło nam lekko grozić deszczem i całe szczęście, że zdążyliśmy, bo chwilę później faktycznie solidnie popadało. Ale wiecie co? Nikomu nie zepsuło to humorów. Przecież deszcz to nie koniec świata, a dla fotografa to nawet mały bonus – kolory robią się wtedy niesamowicie żywe i soczyste!

Na samą uroczystość opuściliśmy na chwilę kompleks, żeby udać się do kościoła. I tu, muszę przyznać, słońce by się jednak przydało, bo wnętrze okazało się dość ciemne i lekko ponure, ale nie była to dla nas żadna wielka przeszkoda. Prawdziwe show zaczęło się jednak po powrocie do Stodoły w Dworzysku. W okolicy chyba nie ma drugiego tak klimatycznego miejsca na wesele! Zwłaszcza że za ustrojenie sali odpowiadał Pan Decor, co tylko podbiło ten niesamowity efekt.

Do tego za sterami stanął DJ STRANGE, czyli Adrian. Na początku było klasycznie – Slow Wedding, czas na pogaduchy i wspominki – ale jak Adi bierze się za prowadzenie, to nie ma mowy o zamulaniu. Parkiet dosłownie zapłonął! W międzyczasie udało nam się jeszcze wyskoczyć na krótką sesję z gośćmi i muszę przyznać, że Gosi i Kubie trafiła się wyjątkowo zwariowana ekipa. Zrobili niezłe show z kolorowymi racami dymnymi, a na koniec tak ich poniosła energia, że Para Młoda dosłownie poszybowała do nieba za sprawą kilku solidnych podrzutów. Działo się tego dnia, oj działo!

Zapraszamy do kontaktu. Chętnie umówimy się na kawę w celu poznania się i omówienia ewentualnej współpracy.

Kontakt

Ola i Grzegorz

Paweł Kuźmicki

Są takie dni, które od samego rana zapowiadają się wyjątkowo, i dokładnie tak było w przypadku ślubu Oli i Grzegorza niedaleko Łodzi. Choć żar lał się z nieba, a temperatura biła rekordy, nikomu nie odebrało to energii. Tym razem, zgodnie z życzeniem pary, zrezygnowaliśmy z tradycyjnych przygotowań i naszą wspólną przygodę zaczęliśmy od wzruszającego First Looka. To był ten krótki, intymny moment tylko dla nich, po którym od razu ruszyliśmy w stronę Sanktuarium Świętej Rodziny. Muszę przyznać, że kościół zrobił na nas ogromne wrażenie swoją przestrzenią, ale to, co działo się w środku, przerosło wszelkie oczekiwania.

Przy tak monumentalnym wnętrzu i skali uroczystości praca we dwoje bardzo ułatwia sprawę. Taka przestrzeń to dla fotografa wyzwanie, ale w duecie mogliśmy swobodnie rozstawić się w różnych punktach świątyni. Dzięki temu, gdy jedno z nas skupiało się na szerokich kadrach pokazujących dostojeństwo architektury, drugie mogło być blisko Pary Młodej, wyłapując każde spojrzenie i gest. Praca w parze daje ten komfort, że nawet w tak ogromnym kościele nic nam nie umyka, a my możemy pokazać całe spektrum emocji z zupełnie różnych perspektyw.

A było co fotografować! Rzadko zdarza się, by uroczystość ślubną prowadził osobiście Biskup w asyście aż siedmiu księży – to nadało wydarzeniu niesamowitej rangi i podniosłości. Oprawa muzyczna również była jedyna w swoim rodzaju, bo za instrumenty i mikrofony chwycili bliscy znajomi oraz rodzice Oli i Grzegorza. Ta schola stworzyła taką atmosferę, że nawet dłuższa liturgia minęła nam wszystkim w mgnieniu oka.

Po ceremonii przenieśliśmy się do Ośrodka „Młynczysko” w Poświętnem, gdzie czekało na nas przyjęcie w klimatycznym otoczeniu. Kiedy tylko zespół Dreszcze uderzył w pierwsze struny, parkiet dosłownie zapłonął. Żywe instrumenty zrobiły robotę – pierwszy taniec i późniejsza zabawa były tak żywiołowe, że trudno było oderwać wzrok od wirujących gości. W międzyczasie udało nam się na chwilę „ukraść” Olę i Grzegorza na krótką sesję we dwoje, by złapać oddech i kilka naturalnych ujęć w otoczeniu ośrodka. Zwieńczeniem tego intensywnego dnia był spektakularny pokaz fajerwerków, który rozświetlił nocne niebo i był idealnym podsumowaniem tej niesamowitej energii.

Olu, Grzegorzu – dziękujemy za zaufanie!

Zapraszamy do kontaktu. Chętnie umówimy się na kawę w celu poznania się i omówienia ewentualnej współpracy.

Kontakt

Karolina i Michał - Ślub w wojsku

Paweł Kuźmicki

Mówi się, że śluby cywilne są krótkie i formalne, ale jeśli ktoś myśli, że przez to brakuje w nich emocji, to znaczy, że nigdy nie widział takiej uroczystości jak ta u Karoliny i Michała. Zostałem zaproszony, by towarzyszyć im z aparatem w samym sercu Oławy i muszę Wam powiedzieć – to był dzień, który zapamiętam na długo.

Uroczystość odbyła się w tamtejszym Urzędzie Stanu Cywilnego, otoczonym klimatyczną zabudową rynku, co samo w sobie tworzyło świetne tło. Jednak to, co nadało temu wydarzeniu prawdziwej podniosłości, to obecność wojska. Michał jest zawodowym żołnierzem, więc nie mogło zabraknąć munduru oraz tradycyjnego szpaleru żołnierskiego. Widok żołnierzy oddających honor parze młodej podczas wejścia i wyjścia z urzędu zawsze robi ogromne wrażenie i dodaje ceremonii wyjątkowego prestiżu.

Choć sama ceremonia nie trwała długo, była niesamowicie emocjonalna. W powietrzu czuć było skupienie i powagę chwili, a wzruszenie mieszało się z dumą. Jako fotograf uwielbiam takie momenty – kiedy w krótkim czasie kumuluje się tyle szczerych gestów i spojrzeń. Prawdziwa eksplozja radości nastąpiła jednak tuż po wyjściu z budynku. Na nowożeńców czekał deszcz kwiatów oraz tradycyjne rzucanie groszami na szczęście, co w otoczeniu oławskiego rynku wyglądało po prostu magicznie.

Karolino, Michale – dziękuję, że mogłem uwiecznić dla Was te piękne chwile!

Zapraszamy do kontaktu. Chętnie umówimy się na kawę w celu poznania się i omówienia ewentualnej współpracy.

Kontakt

Zosia, Zuzia, rodzice i balonik

Paweł Kuźmicki

To jest ten rodzaj relacji z klientami, który w fotografii ceni się najbardziej – kiedy stajesz się kimś w rodzaju „kronikarza” rodziny.

Z Renatą, Adamem i ich dziewczynami znamy się już od dobrych kilku lat i muszę przyznać, że to niesamowite uczucie patrzeć, jak na naszych oczach dorastają Zosia i Zuzia. Mieliśmy zaszczyt fotografować ślub ich rodziców, sesję poślubną oraz wielokrotnie spotykaliśmy się przy okazji sesji świątecznych, więc każde kolejne spotkanie jest jak wizyta u starych znajomych. Tym razem padło na letnią sesję w soczystej zieleni, którą postanowiłem nieco urozmaicić moją małą fotograficzną fantazją. Wymyśliłem sobie, że dziewczynki będą miały ze sobą balony – a konkretniej cztery sztuki.

Jak się później okazało, połączenie dziecięcej energii, wiatru i doskonałej zabawy sprawiło, że po sesji nie ostał się ani jeden cały balonik. Ale wiecie co? To tylko potwierdza, że zabawa była przednia i nikt nie zaprzątał sobie głowy tym, by za wszelką cenę dbać o rekwizyty. Liczyły się tylko emocje i wspólny czas. Muszę otwarcie powiedzieć, że Zosia i Zuzia to jedne z naszych ulubionych modelek, a na każde spotkanie z tą fantastyczną rodziną czekamy z niecierpliwością. Uwielbiamy tę energię i autentyczną radość, którą obdarowują nas za każdym razem, gdy stają przed naszym obiektywem!

Zapraszamy do kontaktu. Chętnie umówimy się na kawę w celu poznania się i omówienia ewentualnej współpracy.

Kontakt

Privacy Preference Center