Sesje w Sadzie na Dzień Mamy
Blog
Sesje w Sadzie na Dzień Mamy: Podaruj Jej Coś Pięknego!
Zastanawiasz się nad wyjątkowym prezentem na Dzień Mamy? A może sama marzysz o pamiątce, która zatrzyma czas? Zapraszam na Wiosenne Sesje w Sadzie – to idealna okazja, by celebrować Waszą więź wśród kwitnącej zieleni!
Fantastyczna zabawa dla każdego!
Gwarantujemy swobodną atmosferę i mnóstwo uśmiechu. To nie jest sztywna sesja pod linijkę – to czas dla Was, pełen czułości i naturalności.
-
Dzieci w każdym wieku: Zapraszam mamy z maluchami, ale pamiętajcie – dorosłe dzieci są równie mile widziane! To piękny gest, by zabrać mamę na sesję, nawet jeśli sami macie już swoje rodziny. Taka wspólna fotografia to prezent, który zyskuje na wartości z każdym rokiem.
-
Bonus dla Panów: Jeśli tata pojawi się na sesji (choćby w roli wsparcia), przy okazji on również może liczyć na wspólne, pamiątkowe zdjęcie! 📸
Szczegóły oferty:
-
Termin: 4 – 9 maja 2026 r.
-
Koszt: 500 zł
-
W pakiecie: 10 profesjonalnie obrobionych ujęć.
-
Dodatki: Możliwość dokupienia dodatkowych ujęć, jeśli wybór okaże się zbyt trudny!
Zapisy i kontakt:
Nie czekaj na ostatnią chwilę, liczba miejsc w sadzie jest ograniczona! Zapisz się już teraz:
-
Przez Facebooka: Chwile Warte Wspomnień – Fotografia Śsluba
-
Mailowo: Wyślij do nas wiadomość prywatną.
Zróbmy razem coś wyjątkowego dla Twojej Mamy! Do zobaczenia wśród drzew!
Zapraszamy do kontaktu. Chętnie umówimy się na kawę w celu poznania się i omówienia ewentualnej współpracy.
Renata - sesja wizerunkowa
Blog
To był jeden z tych projektów, które dają podwójną satysfakcję – nie tylko artystyczną, ale przede wszystkim ludzką. Poznajcie Renatę, która postanowiła sprawić sobie wyjątkowy prezent na swoje kolejne „osiemnaste” urodziny. Co w tym najpiękniejsze? Renata wylicytowała tę sesję na aukcji charytatywnej, którą wystawiłem, by wesprzeć małą Laurkę w jej walce o zdrowie.
Dla Renaty było to zupełnie nowe doświadczenie – nigdy wcześniej nie stała przed profesjonalnym obiektywem. Na początku, jak to zwykle bywa, pojawiła się lekka nieśmiałość i dystans do aparatu. Jednak wystarczyło kilka chwil rozmowy i wspólnego szukania kadrów, by lody całkowicie puściły. Renata pokazała swoje prawdziwe, niezwykle pogodne „ja”. Jest osobą niesamowicie uśmiechniętą i pełną życia, co zresztą widać na każdym ujęciu. Moim zdaniem poradziła sobie doskonale!
Przy okazji mam małą podpowiedź dla wszystkich, którzy czują lęk przed sesją: naprawdę nie ma czego się bać. Moim zadaniem jako fotografa jest pomóc Wam we wszystkim – od ustawienia rąk, po znalezienie najlepszego profilu. Poprowadzę Was tak, by finalne zdjęcia wyglądały jak z katalogu, a sama sesja była po prostu dobrą zabawą.
Na miejsce zdjęć wybraliśmy oczywiście Studio Przedmieście w Świdnicy. Pogoda zagrała z nami w jednej drużynie – wpadające przez okna ostre, marcowe słońce pozwoliło nam na świetną zabawę światłocieniami, co dodało zdjęciom charakteru i głębi.
Jeśli ktoś z Was chciałby również dołożyć swoją cegiełkę i pomóc Laurze oraz jej rodzicom, zostawiam link do oficjalnej zbiórki. Każdy gest ma znaczenie!
Link do zbiórki: Wsparcie dla Laurki
Zapraszamy do kontaktu. Chętnie umówimy się na kawę w celu poznania się i omówienia ewentualnej współpracy.
Marta i Piotr
Blog
To był dzień, w którym wszystko zagrało idealnie – od ekipy, przez pogodę, aż po niesamowitą energię Marty i Piotra. Tym razem pracowaliśmy w duecie z Moniką, co dla nas samych było wyjątkowe – w końcu, po dłuższej przerwie, mogliśmy znów stanąć ramię w ramię na zleceniu (Zośka w tym czasie dzielnie spędzała czas z babcią). Praca we dwoje to dla nas ogromny komfort, który pozwala skupić się w pełni na zadaniu i złapać dwa razy więcej emocji z różnych perspektyw. Na pokładzie był też Dawid z Lotnia Weddings, więc w takim składzie wiedzieliśmy, że materiał będzie petardą.
Zanim jednak uciekliśmy na łono natury, musieliśmy zmierzyć się z miejskim gąszczem Łodzi. Przygotowania odbywały się w klasycznej scenerii – oboje szykowali się w mieszkaniach na łódzkich osiedlach z tzw. wielkiej płyty. Ten surowy klimat blokowisk zawsze tworzy niesamowity, autentyczny kontrast z elegancją ślubnych strojów. U Piotra zaczęło się od małego sprawdzianu umiejętności manualnych – tuż przed wyjściem odpadł guzik w koszuli. Na szczęście z pomocą przyjaciół operacja igłą i nitką zakończyła się pełnym sukcesem. U Marty, mimo sporego grona bliskich osób i radosnego gwaru, wszystko szło jak z płatka. Prawdziwa kulminacja nastąpiła jednak w momencie ich spotkania. Gdy Piotr w końcu ujrzał Martę, zadziałała czysta magia. To był ten autentyczny, bezbronny zachwyt, który uwielbiamy fotografować – moment, w którym świat na chwilę przestaje istnieć.
Do Przystanku Zofiówka Młodzi ruszyli z przytupem – czerwonym Triumph Spitfire z odsłoniętym dachem. Widok ich roześmianych twarzy w tym klasycznym aucie był zapowiedzią tego, co czekało nas na miejscu.
Przystanek Zofiówka to prawdziwa enklawa spokoju, ukryta w lesie, na totalnym odludziu. Słońce przedzierające się przez korony drzew stworzyło genialne światłocienie, które idealnie podkreśliły dekoracje przygotowane przez Małgosię „Mooshka” Muszyńską. Tuż przed ceremonią udało nam się zrobić krótką, spontaniczną sesję – chwilę na oddech, przytulenie i wyciszenie nerwów przed najważniejszym „tak”. Sama uroczystość plenerowa, choć prowadzona przez urzędnika, miała niezwykle osobisty i rodzinny charakter. Wszystko za sprawą własnych przysiąg, które Marta i Piotr wygłosili sobie nawzajem. Nie zabrakło łez wzruszenia, ale tych najlepszych – płynących prosto z serca i mieszających się z szerokim uśmiechem.
A potem? Potem parkiet dosłownie zapłonął! Mateusz z Rustykalnych Artystów zadbał o to, by nikt nie podpierał ścian. Zabawa przeniosła się do budynku tuż przy altanie, gdzie drewniana podłoga i sufit doskonale współgrały z ciepłym, nastrojowym światłem DJ-a, tworząc niesamowicie przytulną całość. Leśne otoczenie sprzyjało nietypowym rozwiązaniom – tort podano pod gołym niebem, co w otoczeniu ciemnego lasu wyglądało fenomenalnie. Gdy się ściemniło, goście ponownie wyszli do ogrodu, by wspólnie zatańczyć belgijkę i wziąć udział w szybkiej, totalnie luźnej sesji z gośćmi, która była idealnym domknięciem tego radosnego szaleństwa.
Ale to był fajny dzień!
Zapraszamy do kontaktu. Chętnie umówimy się na kawę w celu poznania się i omówienia ewentualnej współpracy.
Chrzest Wiktora
Blog
To była kolejna piękna okazja, by spotkać się z rodziną Patrycji i Łukasza. Nasza wspólna fotograficzna droga trwa już dobrych kilka lat – zaczęło się od ich ślubu, potem była sesja brzuszkowa, a w wcześniej dokumentowałem też ważne momenty w życiu rodzeństwa Patrycji. Dzięki temu, że regularnie widujemy się na różnych uroczystościach, czuję się w tym towarzystwie jak wśród starych, dobrych znajomych. I co najważniejsze – dokładnie tak samo jestem przez nich traktowany.
Tym razem powodem do spotkania był Chrzest Święty małego Wiktora. Ponieważ uroczystość odbyła się w okresie Bożego Narodzenia, kościół przywitał nas fantastycznym klimatem – wszędzie stały pięknie przyozdobione choinki i świąteczne dekoracje, co dodało zdjęciom wyjątkowego ciepła. Sam główny bohater, Wiktor, spisał się na medal i z dużą cierpliwością (i spokojem!) zniósł tradycyjne lanie wodą.
Po ceremonii przenieśliśmy się na przyjęcie do Złotego Jaru. To miejsce o tej porze roku wygląda po prostu magicznie – świąteczny klimat bije tam z każdego kąta i idealnie pasuje do rodzinnego świętowania.
Z racji tego, że wszyscy dobrze się już znamy, praca tego dnia była czystą przyjemnością. Nie było stresu, że „chodzi pan z aparatem i celuje w gości”. Dzięki temu pełnemu luzowi i zaufaniu, mogłem wyłapać mnóstwo naturalnych ujęć, szczerych uśmiechów i rodzinnych rozmów, które najlepiej oddają atmosferę tego dnia. To właśnie w takich momentach najbardziej doceniam to, że moje relacje z klientami trwają lata.
Zapraszamy do kontaktu. Chętnie umówimy się na kawę w celu poznania się i omówienia ewentualnej współpracy.
Ania - sesja kobieca
Blog
To była sesja z cyklu „spotkanie po latach”, i to dosłownie! Z Anią znamy się tak długo, że oboje nie pamiętamy już momentu, w którym nasze drogi skrzyżowały się po raz pierwszy. Podczas zdjęć żartowaliśmy nawet, że na wspólną sesję umawiamy się średnio raz na siedem lat – taka nasza mała, fotograficzna tradycja.
Tym razem Ania przyszła do mnie z bardzo konkretną wizją. Sama przygotowała stylizacje, wymyśliła ogólny klimat, a mnie poprosiła o jedno: żebym zrealizował jej pomysł, ale oczywiście po swojemu.
Na miejsce akcji wybraliśmy zaprzyjaźnione Studio Przedmieście w Świdnicy. Uwielbiam to miejsce – jest tak uniwersalne i wszechstronne, że trudno o drugie takie w okolicy. Podczas jednej sesji można tam przejść płynnie od eleganckich kadrów fashion, przez ujęcia skąpane w naturalnym słońcu, aż po mroczny, gęsty klimat rodem z horroru.
Tym razem skupiliśmy się na zabawie światłocieniem i estetyce fashion. Pierwszą połowę sesji zrobiliśmy przy naturalnym świetle wpadającym przez wielkie okna studia – mocne słońce tworzyło tam konkretne, ostre światłocienie, które uwielbiam. Druga część sesji była dla mnie wyjściem ze strefy komfortu. Na co dzień jestem fanem światła naturalnego, ale tym razem całkowicie je porzuciłem na rzecz lamp studyjnych. Dawno nie pracowałem ze światłem w pełni kreowanym, więc była to dla mnie bardzo miła i odświeżająca odmiana.
Stylizacje Ani idealnie „zagrały” z tym twardym światłem. Skórzana spódnica, bardzo wysokie szpilki i dwie różne kurtki – najpierw szara ramoneska, a później czarna skóra – dodały całości charakteru i mocnego, modowego sznytu. Wyszło odważnie, stylowo i z pazurem.
Anka, dzięki za zaufanie i… do zobaczenia za 7 lat!
Zapraszamy do kontaktu. Chętnie umówimy się na kawę w celu poznania się i omówienia ewentualnej współpracy.
Dominika i Piotr
Blog
To był jeden z tych projektów, które sprawiają, że serce bije odrobinę szybciej – i to nie tylko ze względu na piękne widoki w Górach Sowich. Dominika i Piotr po prostu chcieli uwiecznić wspólnie swoją relację i to, co ich łączy. Czysta radość z bycia razem, zatrzymana w kadrze.
Jednak był jeden haczyk: Dominika sama jest fotografką. I powiem Wam szczerze – nieważne, ile lat trzymam aparat w ręku, sesja dla kogoś z branży zawsze niesie ze sobą dreszczyk emocji. W głowie pojawia się ta naturalna ciekawość: „Jak ona widzi świat?”, „Czy moja estetyka zgra się z jej spojrzeniem?”.
Para wymarzyła sobie sesję w totalnie jesiennym klimacie. Złote liście na drzewach, wyschnięte, żółte trawy i to specyficzne, niskie, poranne słońce, które o tej porze roku maluje góry na ciepło. Wybór padł na Góry Sowie, które jesienią wyglądają jak z obrazka. Żeby wycisnąć z tego poranka jak najwięcej, nie traciliśmy czasu na długie wędrówki szlakami – przemieszczaliśmy się autem między sprawdzonymi punktami, łapiąc najlepsze światło tam, gdzie akurat było najbardziej fotogeniczne.
Co najfajniejsze, Dominika i Piotr nie mieli wobec mnie żadnych sztywnych oczekiwań. Postanowili całkowicie mi zaufać i oddać stery w moje ręce. To zawsze miły gest, szczególnie ze strony innego twórcy, choć oczywiście motywuje do tego, by dać z siebie 110%.
Finalnie, kiedy zobaczyłem ich reakcje, mogłem spokojnie uznać misję za wykonaną. Powiedzieli, że są bardzo zadowoleni, a zdjęcia trafiły w ich gust. Skoro inna fotografka przybija mi „piątkę” pod materiałem, to chyba faktycznie udało nam się stworzyć coś fajnego!
Zapraszamy do kontaktu. Chętnie umówimy się na kawę w celu poznania się i omówienia ewentualnej współpracy.
Ela i Mariusz
Blog
To był fotoreportaż z tych, które udowadniają, że krótka forma może mieć w sobie mnóstwo treści i emocji. Ela i Mariusz postawili na konkret, ale z zachowaniem tego, co najważniejsze – bliskości i spokoju.
Zaczęło się u Mariusza. Przygotowania przebiegły dokładnie tak, jak powinny: w pełnym opanowaniu, bez zbędnego napięcia i zegarka w ręku. Przy wsparciu mamy i świadka wszystko poszło sprawnie, a Mariusz znalazł nawet czas na chwilę z kawą, by zebrać myśli przed tym, co miało nadejść.
U Eli atmosfera była nieco inna – więcej osób, nieco więcej ślubnej adrenaliny i stresu, ale wszystko to przykryte grubą warstwą uśmiechu i szczerej radości. Ten moment, kiedy Mariusz przyszedł po Elę i zobaczył ją po raz pierwszy w sukni ślubnej, był po prostu bezcenny. Widziałem po jego minie, że był pod ogromnym, pozytywnym wrażeniem. To był ten krótki, intymny moment „wow”, który uwielbiam łapać na zdjęciach.
Sama uroczystość odbyła się w Urzędzie Stanu Cywilnego w Kudowie-Zdroju. Krótko, konkretnie i bardzo uroczyście. Po wszystkim ruszyliśmy na obiad do Pałacu Kamieniec. I tutaj małe sprostowanie – nazwa sugeruje ogromne zamczysko, a w rzeczywistości to przepiękny, kameralny hotel, który z zewnątrz przypomina stylowy dworek. Co dla mnie osobiście było najbardziej niesamowite, to atmosfera, jaka panowała między nami. Choć z Elą i Mariuszem widzieliśmy się pierwszy raz w życiu dopiero w dniu ślubu, od razu zostałem potraktowany jak członek rodziny.
Obiad zjedliśmy w jednej z pałacowych sal, w zupełnie spokojnej, domowej atmosferze. I tutaj muszę wspomnieć o czymś, co sprawiło, że mocno opuściłem swoją strefę komfortu. Prywatnie nie jadam grzybów – unikam wszystkiego, co z nimi związane. Tymczasem na obiad podano zupę borowikową z musem z borowików… Pomimo ogromnej niechęci, nie chciałem robić przykrości ludziom, którzy tak fantastycznie mnie przyjęli. Postanowiłem podjąć wyzwanie i zjadłem. Przeżyłem! I muszę przyznać, że była to mała cena za tak świetne towarzystwo.
Tuż po obiedzie ruszyliśmy na sesję. Zaczęliśmy w genialnej hotelowej bibliotece, która nadała zdjęciom nieco powagi i klimatu, a skończyliśmy w ogrodzie. Zachód słońca zrobił nam tam genialną robotę – światło było miękkie, ciepłe i idealnie domknęło historię tego dnia.
Zapraszamy do kontaktu. Chętnie umówimy się na kawę w celu poznania się i omówienia ewentualnej współpracy.
Teresa i Kamil
Blog
To była prawdziwa lekcja tego, że w fotografii ślubnej nie ma czegoś takiego jak „zła pogoda” – są tylko nowe możliwości! Kiedy myślę o Teresie i Kamilu, od razu widzę ten kontrast. Z jednej strony nasza sesja narzeczeńska: szalona zabawa na łące, wysoka trawa i słońce, które nas wręcz rozpieszczało. Z drugiej strony dzień ślubu, który przywitał nas ścianą deszczu.
Lało praktycznie przez cały czas. Z perspektywy fotografa to zawsze wyzwanie, ale miało to swój plus – goście od progu trzymali się razem na sali, co od razu podbiło temperaturę imprezy. My jednak nie zamierzaliśmy się poddawać. Gdy tylko deszcz na moment odpuścił, ruszyliśmy pod starą stodołę. Jej wielkie drzwi i ściana gęsto pokryta bluszczem okazały się genialnym tłem do spontanicznych zdjęć. Zrobiliśmy tam mini plener i szybkie ujęcia z gośćmi, które dały wszystkim mnóstwo radości – może właśnie dlatego, że były robione „na partyzanta” między jedną ulewą a drugą!
Sama ceremonia odbyła się w Bazylice Mniejszej w Ziębicach. To potężna, majestatyczna świątynia. Choć jej wnętrze jest dość ciemne, to dla fotografa jest tam masa zakamarków i gry świateł, które pozwalają na naprawdę nieszablonowe kadry. Moment wejścia Pary Młodej był wyjątkowo wzruszający – na wejście zaśpiewała im świadkowa, Agata, i muszę przyznać, że ciarki były gwarantowane.
Na wesele przenieśliśmy się do Zajazdu Derkacz, gdzie za sterami stanął DJ Waldemar House. Waldek to taki typ, który z pozoru wydaje się cichy i spokojny, ale jak już złapie za mikrofon i odpali sprzęt, to rozkręca imprezę na medal! A skoro o rozkręcaniu mowa – Teresa i Kamil zaserwowali gościom coś, co totalnie skradło moje serce. Zamiast tradycyjnego, słodkiego tortu, wjechała… pizza! Młodzi sami ją pokroili i podali gościom. Muszę Wam zdradzić, że ja osobiście za pizzą jakoś szczególnie nie przepadam, ale ta była naprawdę bardzo dobra. Goście za to byli totalnie zachwyceni i dla mnie to absolutny hit oraz genialna alternatywa, która idealnie pasowała do ich luźnego podejścia.
Na sesję poślubną pierwotnie planowaliśmy pałacowe wnętrza, ale życie zweryfikowało te plany i finalnie wylądowaliśmy w naszych Górach Sowich. I wiecie co? Nie mogło być lepiej! Zrobiliśmy jesienną sesję pełną ciepła, radości i szczerych przytulasów wśród rudych liści. Czasami to, co spontaniczne i nieplanowane, wychodzi najlepiej.
Tereso, Kamilu – dzięki za ten dystans do deszczu i za najlepszy „tort” sezonu!
Tego dnia towarzyszyła nam również Iwona jako ContentCreator – IS Ślubnych Wspomnień
Zapraszamy do kontaktu. Chętnie umówimy się na kawę w celu poznania się i omówienia ewentualnej współpracy.
Ola i Bartek
Blog
To była historia pełna rodzinnego ciepła, ognistego temperamentu i... małego błędu w Matrixie! Kiedy myślę o ślubie Oli i Bartka, od razu przypomina mi się ten niesamowity balans między totalnym szaleństwem na parkiecie a klimatem slow wedding, który panował w ogrodzie.
Zaczęło się od przygotowań w Krotoszynie. U obojga gościł ten sam scenariusz: duży luz, dużo śmiechu i zero niepotrzebnej spiny. Ta rodzinna atmosfera towarzyszyła nam przez cały dzień, ale to, co działo się później w Restauracji Wawrzyniak, na długo zostanie mi w pamięci.
Zacznijmy od muzyki, za którą odpowiadał DJ Schock. I tutaj muszę się Wam do czegoś przyznać – przeżyłem niezłe zdziwienie. Wchodzę na teren obiektu, witam się z DJ-em, który stoi na zewnątrz. Sekundę później wchodzę na salę, a tam… znów on! Ten sam gość, stoi za konsolą. Przez chwilę myślałem, że to jakieś czary albo nadmiar emocji, a okazało się, że za sterami siedzieli bracia bliźniacy – Piotr i Paweł. Trzeba przyznać, że chłopaki robią robotę, bo parkiet dosłownie płonął!
Kiedy goście potrzebowali złapać oddech, ogród Restauracji Wawrzyniak stawał się idealną strefą relaksu z drinkami i rozmowami. To właśnie tam odbył się jeden z najbardziej spektakularnych momentów wieczoru – podanie tortu. Nie było tradycyjnie i nudno; w tle wystrzelono kolorowe race, co stworzyło genialne widowisko. Całość dnia zwieńczyliśmy klimatyczną sesją z zimnymi ogniami, które zawsze dodają tej odrobiny magii.
Na sesję plenerową miałem jednak zupełnie inny pomysł. Chciałem podkreślić styl vintage i nadać zdjęciom nieco onirycznego, miękkiego charakteru. Wykorzystałem stary fotograficzny patent i… założyłem pończochę na obiektyw. Efekt? Dokładnie taki, jakiego szukałem! Ola i Bartek bawili się doskonale, tańcząc w promieniach zachodzącego słońca, a ja mogłem uwiecznić ich radość w sposób, który wygląda jak z klatki starego filmu.
Ola, Bartek – dzięki za tę dawkę energii i za to, że daliście się namówić na moje fotograficzne eksperymenty!
PS. Nie mogę nie wspomnieć o pewnej bohaterce drugiego planu! Jedna z pań dzień przed ślubem doznała kontuzji kostki i nie była w stanie sama chodzić. Na szczęście znalazł się bohater, który pomógł jej się przemieszczać i zrobił to w bardzo oryginalny sposób – nosząc ją na ramieniu przez całą imprezę. Takich gości tylko pozazdrościć!
Zapraszamy do kontaktu. Chętnie umówimy się na kawę w celu poznania się i omówienia ewentualnej współpracy.
Ewelina i Rafał
Blog
To była historia z serii „pozory mylą”! Ewelina i Rafał to para, która na pierwszy rzut oka zdaje się być oazą spokoju i opanowania, ale wystarczy dosłownie iskra, jeden impuls, żeby odpalili się ze swoim szaleństwem i pokazali, co to znaczy dobra zabawa.
Już na sesji narzeczeńskiej, którą zrobiliśmy na łące skąpanej w promieniach zachodzącego słońca, czuć było tę fajną energię. Ale to, co działo się w dniu ślubu, przerosło moje oczekiwania. Przygotowania? Totalny luz. Do tego stopnia, że Rafał po wbiciu się w garnitur, uznał, że ma jeszcze chwilę, więc wraz ze świadkiem rozegrali szybki mecz w Fifę na konsoli. Takie podejście do „godziny zero” to ja szanuję!
Do ślubu ruszyli stylowym, zielonym Garbusem. Sama uroczystość odbyła się w przepięknym Kościele pw. Wniebowzięcia NMP w Kamieńcu Ząbkowickim. Ponieważ Rafał z zawodu jest policjantem, koledzy z pracy przygotowali dla nich uroczysty szpaler – moment wejścia i wyjścia z kościoła wyglądał dzięki temu niesamowicie godnie i filmowo.
Wesele odbyło się w „Karolówce” w Paczkowie. Zacznijmy od tego, że pierwszy taniec w ciężkim dymie był po prostu magiczny, ale to był tylko wstęp. Wykorzystaliśmy ogród Karolówki, żeby wraz z ich przyjaciółmi zrobić sesję z racami dymnymi – wyszedł z tego niezły ogień! Oczywiście, jak to w życiu bywa, nie wszystko dało się zaplanować w stu procentach. Kiedy na zakończenie dnia wymarzyliśmy sobie nocne zdjęcia przy napisie LOVE, pogoda postanowiła spłatać nam figla. Zaczął padać deszcz, więc musieliśmy urządzić sobie polowanie na każdą minutę przerwy w opadach, żeby złapać te wymarzone kadry. Udało się!
Na sesję poślubną uciekliśmy od natury. Ewelina i Rafał, podobnie jak ja, stwierdzili, że lasy i łąki to nie ich bajka, za to miejska dżungla pasuje im idealnie. Padło na Łódź i legendarną ulicę Piotrkowską. Przez kilka godzin zwiedzaliśmy wąskie uliczki, ukryte przejścia i klimatyczne podwórka starych kamienic. Był czas na szybką kawę i coś, co kompletnie skradło show – sesja na hulajnogach elektrycznych! Młodzi śmigali nimi po „Pietrynie” w ślubnych strojach, a przechodnie oglądali się za nami z nieskrywaną zazdrością. Nie mogliśmy też odpuścić łódzkich murali, które stały się genialnym tłem dla ich miejskiego, nowoczesnego klimatu.
Ewelina, Rafał – dzięki za ten dystans i za to, że pozwoliliście mi uwiecznić Wasze „drugie, szalone oblicze”!











































































































































































































































































































































































































































































































































































































































