Ola i Grzegorz
Paweł Kuźmicki
Są takie dni, które od samego rana zapowiadają się wyjątkowo, i dokładnie tak było w przypadku ślubu Oli i Grzegorza niedaleko Łodzi. Choć żar lał się z nieba, a temperatura biła rekordy, nikomu nie odebrało to energii. Tym razem, zgodnie z życzeniem pary, zrezygnowaliśmy z tradycyjnych przygotowań i naszą wspólną przygodę zaczęliśmy od wzruszającego First Looka. To był ten krótki, intymny moment tylko dla nich, po którym od razu ruszyliśmy w stronę Sanktuarium Świętej Rodziny. Muszę przyznać, że kościół zrobił na nas ogromne wrażenie swoją przestrzenią, ale to, co działo się w środku, przerosło wszelkie oczekiwania.
Przy tak monumentalnym wnętrzu i skali uroczystości praca we dwoje bardzo ułatwia sprawę. Taka przestrzeń to dla fotografa wyzwanie, ale w duecie mogliśmy swobodnie rozstawić się w różnych punktach świątyni. Dzięki temu, gdy jedno z nas skupiało się na szerokich kadrach pokazujących dostojeństwo architektury, drugie mogło być blisko Pary Młodej, wyłapując każde spojrzenie i gest. Praca w parze daje ten komfort, że nawet w tak ogromnym kościele nic nam nie umyka, a my możemy pokazać całe spektrum emocji z zupełnie różnych perspektyw.
A było co fotografować! Rzadko zdarza się, by uroczystość ślubną prowadził osobiście Biskup w asyście aż siedmiu księży – to nadało wydarzeniu niesamowitej rangi i podniosłości. Oprawa muzyczna również była jedyna w swoim rodzaju, bo za instrumenty i mikrofony chwycili bliscy znajomi oraz rodzice Oli i Grzegorza. Ta schola stworzyła taką atmosferę, że nawet dłuższa liturgia minęła nam wszystkim w mgnieniu oka.
Po ceremonii przenieśliśmy się do Ośrodka „Młynczysko” w Poświętnem, gdzie czekało na nas przyjęcie w klimatycznym otoczeniu. Kiedy tylko zespół Dreszcze uderzył w pierwsze struny, parkiet dosłownie zapłonął. Żywe instrumenty zrobiły robotę – pierwszy taniec i późniejsza zabawa były tak żywiołowe, że trudno było oderwać wzrok od wirujących gości. W międzyczasie udało nam się na chwilę „ukraść” Olę i Grzegorza na krótką sesję we dwoje, by złapać oddech i kilka naturalnych ujęć w otoczeniu ośrodka. Zwieńczeniem tego intensywnego dnia był spektakularny pokaz fajerwerków, który rozświetlił nocne niebo i był idealnym podsumowaniem tej niesamowitej energii.
Olu, Grzegorzu – dziękujemy za zaufanie!
Zapraszamy do kontaktu. Chętnie umówimy się na kawę w celu poznania się i omówienia ewentualnej współpracy.
Karolina i Michał - Ślub w wojsku
Paweł Kuźmicki
Mówi się, że śluby cywilne są krótkie i formalne, ale jeśli ktoś myśli, że przez to brakuje w nich emocji, to znaczy, że nigdy nie widział takiej uroczystości jak ta u Karoliny i Michała. Zostałem zaproszony, by towarzyszyć im z aparatem w samym sercu Oławy i muszę Wam powiedzieć – to był dzień, który zapamiętam na długo.
Uroczystość odbyła się w tamtejszym Urzędzie Stanu Cywilnego, otoczonym klimatyczną zabudową rynku, co samo w sobie tworzyło świetne tło. Jednak to, co nadało temu wydarzeniu prawdziwej podniosłości, to obecność wojska. Michał jest zawodowym żołnierzem, więc nie mogło zabraknąć munduru oraz tradycyjnego szpaleru żołnierskiego. Widok żołnierzy oddających honor parze młodej podczas wejścia i wyjścia z urzędu zawsze robi ogromne wrażenie i dodaje ceremonii wyjątkowego prestiżu.
Choć sama ceremonia nie trwała długo, była niesamowicie emocjonalna. W powietrzu czuć było skupienie i powagę chwili, a wzruszenie mieszało się z dumą. Jako fotograf uwielbiam takie momenty – kiedy w krótkim czasie kumuluje się tyle szczerych gestów i spojrzeń. Prawdziwa eksplozja radości nastąpiła jednak tuż po wyjściu z budynku. Na nowożeńców czekał deszcz kwiatów oraz tradycyjne rzucanie groszami na szczęście, co w otoczeniu oławskiego rynku wyglądało po prostu magicznie.
Karolino, Michale – dziękuję, że mogłem uwiecznić dla Was te piękne chwile!
Zapraszamy do kontaktu. Chętnie umówimy się na kawę w celu poznania się i omówienia ewentualnej współpracy.
Zosia, Zuzia, rodzice i balonik
Paweł Kuźmicki
To jest ten rodzaj relacji z klientami, który w fotografii ceni się najbardziej – kiedy stajesz się kimś w rodzaju „kronikarza” rodziny.
Z Renatą, Adamem i ich dziewczynami znamy się już od dobrych kilku lat i muszę przyznać, że to niesamowite uczucie patrzeć, jak na naszych oczach dorastają Zosia i Zuzia. Mieliśmy zaszczyt fotografować ślub ich rodziców, sesję poślubną oraz wielokrotnie spotykaliśmy się przy okazji sesji świątecznych, więc każde kolejne spotkanie jest jak wizyta u starych znajomych. Tym razem padło na letnią sesję w soczystej zieleni, którą postanowiłem nieco urozmaicić moją małą fotograficzną fantazją. Wymyśliłem sobie, że dziewczynki będą miały ze sobą balony – a konkretniej cztery sztuki.
Jak się później okazało, połączenie dziecięcej energii, wiatru i doskonałej zabawy sprawiło, że po sesji nie ostał się ani jeden cały balonik. Ale wiecie co? To tylko potwierdza, że zabawa była przednia i nikt nie zaprzątał sobie głowy tym, by za wszelką cenę dbać o rekwizyty. Liczyły się tylko emocje i wspólny czas. Muszę otwarcie powiedzieć, że Zosia i Zuzia to jedne z naszych ulubionych modelek, a na każde spotkanie z tą fantastyczną rodziną czekamy z niecierpliwością. Uwielbiamy tę energię i autentyczną radość, którą obdarowują nas za każdym razem, gdy stają przed naszym obiektywem!
Zapraszamy do kontaktu. Chętnie umówimy się na kawę w celu poznania się i omówienia ewentualnej współpracy.
Natalia - sesja wizerunkowa
Paweł Kuźmicki
Mówi się, że fotografowie najlepiej czują się po drugiej stronie obiektywu, ale każdemu z nas przydaje się czasem odświeżenie wizerunku. Tym razem przed mój aparat wskoczyła Natalia – osoba tak pozytywna i wesoła, że energia na planie była po prostu gwarantowana!
Z Natalią znamy się tak długo, że szczerze mówiąc… nie pamiętam już nawet momentu, w którym się poznaliśmy. Częściej niż o fotografii rozmawiamy i plotkujemy przy dobrej kawie, dlatego ta sesja była dla nas naturalną kontynuacją naszych spotkań.
Postawiliśmy na pełen spontan. Spotkaliśmy się w Przestrzeń Studio w Bielawie. Nie było wielkiego planowania ani skomplikowanego setupu oświetleniowego. Wykorzystaliśmy to, co najpiękniejsze – naturalne światło wpadające przez okno o zachodzie słońca.
Natalia sama jest fotografką, więc doskonale wiedziała, o co chodzi, ale i tak zależało nam na tym, żeby zdjęcia oddawały jej prawdziwy charakter – bez zbędnego pozowania i sztuczności. Złote godziny, domowy klimat studia i swobodna rozmowa zaowocowały kadrami, które są po prostu „jej”.
Natalia, dzięki za zaufanie i te kilka wspólnych chwil (choć pewnie i tak więcej przegadaliśmy, niż realnie fotografowaliśmy!). Do następnej kawy!
Zapraszamy do kontaktu. Chętnie umówimy się na kawę w celu poznania się i omówienia ewentualnej współpracy.
Daria, Michał, rudy kot i Tour de Pologne, czyli ślub z charakterem!
Paweł Kuźmicki
Z Darią i Michałem znamy się już kawał czasu. Przerobiliśmy razem sporo przeróżnych sesji, a u Michała robiliśmy nawet nasze tatuaże! Oprócz projektów zawodowych trzymamy się też prywatnie, więc kiedy poprosili nas o sfotografowanie ślubu, poczuliśmy się po prostu wyróżnieni. Choć... muszę przyznać, że Daria od dłuższego czasu „odgrażała się”, że to będziemy my, więc wielkiego zaskoczenia nie było. Ale radość? Ogromna! :)
Jako że jesteśmy wielkimi zwolennikami sesji narzeczeńskich, tym razem po prostu nie mogliśmy sobie odmówić wspólnego wyjścia przed obiektyw. To idealny moment, żeby jeszcze bardziej się wyczuć i rozluźnić przed tym najważniejszym dniem. Wybór padł na Studio Kominka22 w Legnicy. Miejsce z duszą, które idealnie pasowało do ich energii. Jeśli chodzi o warunki pogodowe… cóż, nie było najcieplej. Powiem więcej: było całkiem rześko, zwłaszcza gdy biega się boso po zimnej podłodze! Ale efekt? Totalnie w punkt! Klimat sesji wyszedł tak dobrze, że zdjęcia z tej przygody przyozdobiły później ogród i salę weselną.
Dzień ślubu był dla mnie wyjątkowy również z innego powodu – fotografowałem go sam. Dwa tygodnie wcześniej powitaliśmy na świecie naszą córkę Zośkę, więc Monika – co oczywiste – musiała zostać w domu. Byliśmy jednak cały czas na łączach, a ja na bieżąco zdawałem jej relacje, nie obyło się również bez wideorelacjyi z przysięgi w kościele!
Początek dnia to był logistyczny rollercoaster. U Michała poszło jak z płatka: szybko, sprawnie, w świetnym nastroju, z czasem na toast i wygłaskanie Andrzeja (rudy kot, który absolutnie nie odmawiał czułości a ja jako zagorzały kociarz nie mogłem sobie tego odmówić). U Darii natomiast… zaczęły się schody. Wyobraźcie sobie: dom rodzinny, godzina przygotowań, a przez miejscowość właśnie w tym momencie przejeżdża Tour de Pologne! Żeby było śmieszniej, trasa kolarzy pokrywała się z naszą drogą na salę. Trzeba było celować z przejazdem niczym snajper, żeby nie utknąć w blokadzie na amen. ALE UDAŁO SIĘ! Wszyscy dotarli sprawnie i w komplecie.
Cały ten dzień upłynął pod znakiem luzu i dystansu. Daria zaprojektowała wystrój ogrodu i sali, wkładając w to całe swoje serce i gust. Na stołach wylądowały płyty winylowe jako podtalerze, a mini kule dyskotekowe zdobiły dosłownie wszystko – od parkietu po… tort!
A skoro o parkiecie mowa… to był totalny rozpiździel! O oprawę zadbał Wojtek Senus i muszę to powiedzieć z pełną odpowiedzialnością: to właściwy człowiek na właściwym miejscu. Impreza była petardą, zwłaszcza jak prowadzi się weselny pociąg na wrotkach!
Z sesją plenerową życie napisało nam trudniejszy scenariusz. Planowaliśmy jesień, ale dokładnie miesiąc po ślubie Kotlinę Kłodzką zalała wielka woda po pęknięciu zapory w Stroniu Śląskim. W obliczu takiej tragedii nikt nie miał głowy do zdjęć – trzeba było zająć się skutkami powodzi.
Czekaliśmy do wiosny i postawiliśmy na miasto. Lasy i łąki to kompletnie nie ich bajka. Padło na Nikiszowiec – zabytkowe, górnicze osiedle w Katowicach. Wąskie uliczki i czerwona cegła zrobiły niebywały klimat! Przy okazji mała „polecajka”: w samym centrum Nikiszowca jest knajpa Café Byfyj. Serwują tam pizzę, dla której nawet ja (choć za pizzą nie przepadam) robię wyjątek. Przerwa na jedzenie naturalnie zamieniła się w kontynuację sesji z pizzą w roli głównej – i była to najlepsza decyzja! Na deser uderzyliśmy pod katowicki Spodek, żeby zrobić kilka klatek na całkowitym luzie. Wyszło znakomicie!
Dario, Michale – dzięki za zaufanie, zajebiście spędzony czas i masę genialnych wspomnień. Mam nadzieję, że to nie koniec naszej wspólnej przygody przed obiektywem? 🙂
Sala: Willa Diana
Film: Lotnia Weddings
DJ/Wodzirej; Wojtek Senus
kwiaty: Klaudia Sambulska
makeup: Joanna Sikorska
Zapraszamy do kontaktu. Chętnie umówimy się na kawę w celu poznania się i omówienia ewentualnej współpracy.
Weronika - sesja wizerunkowa
Paweł Kuźmicki
Weronika odezwała się do mnie na Instagramie z propozycją sesji. Chciała, żebym to ja wykonał jej zdjęcia w studio – naturalne, lekkie i swobodne. Długo się nie zastanawiałem, bo taki klimat lubię najbardziej. Ustaliliśmy szczegóły i padło na dobrze mi znane Story Studio w Świdnicy.
Na co dzień pracuję głównie z osobami, które nie mają doświadczenia przed obiektywem i często dopiero uczą się, jak pozować i czuć się swobodnie na zdjęciach. Tym razem była to bardzo miła odmiana – Weronika doskonale wiedziała, jak chce się pokazać, miała świadomość swojego ciała i świetnie odnajdywała się przed aparatem. Dzięki temu mogliśmy skupić się na luzie, detalach i naturalnych kadrach.
Sesja przebiegła w bardzo przyjaznej atmosferze. Bez spiny, bez presji, za to z dużą swobodą i otwartością na zdjęcia. Współpraca była naprawdę przyjemna, a czas w studio minął zdecydowanie za szybko.
Jedyne czego trochę żałuję, to pogoda. Słońce co prawda się pojawiło, ale tylko na chwilę. Miałem ogromną ochotę na bardziej kontrastowe kadry z ostrymi promieniami światła wpadającymi przez okna, jednak tym razem pogoda miała na ten dzień inny plan. Mimo to sesja wyszła dokładnie taka, jaką zakładaliśmy – spokojna, naturalna i prawdziwa.
Weronika, dzięki za zaufanie i fajne spotkanie przed obiektywem!
Zapraszamy do kontaktu. Chętnie umówimy się na kawę w celu poznania się i omówienia ewentualnej współpracy.
Ola i Szymon
Paweł Kuźmicki
Są takie dni w pracy fotografa, kiedy od pierwszej chwili wiesz, że będzie dobrze. Dobra energia, piękne miejsce i para, która nie boi się okazywać emocji – to przepis na reportaż, który sam się opowiada. Tak właśnie było na ślubie Oli i Szymona.
Tym razem nie miałem daleko na reportaż. Ola i Szymon postanowili przyjechać aż spod Warszawy, by w ogrodach Bielawskiego Hotelu Dębowego powiedzieć sobie „tak” w towarzystwie najbliższych. Już samo to miejsce ma w sobie coś wyjątkowego – Hotel Dębowy to idealna przestrzeń na ślub plenerowy. Ogromny, zielony ogród pozwala stworzyć kameralną, ale jednocześnie niezwykle elegancką oprawę uroczystości. To przestrzeń, w której z powodzeniem można zorganizować zarówno samą ceremonię, jak i przyjęcie w otoczeniu natury.
Plenerowe śluby od zawsze mają dla nas wyjątkowy klimat. Są blisko ludzi, blisko przyrody i pełne swobody, ale… potrafią też być wyzwaniem. Wszystko dzieje się bardzo szybko, a warunki potrafią być kapryśne – ostre, pełne słońce czy wysoka temperatura sprawiają, że trzeba być w pełnej gotowości na każdy moment. Tak było i tym razem. Słońce ani na chwilę nie chciało schować się za chmurę, więc każde ujęcie wymagało odrobiny sprytu i szukania najlepszego światła.
Ola i Szymon sami zadbali o dekoracje miejsca, w którym składali przysięgi małżeńskie. Postawili na naturalny klimat – dużo zieleni, prostota i harmonia, a do tego ogromna dawka radości i luzu. Było widać, że to dzień w 100% o nich i dla nich. Podczas całej uroczystości unosiła się lekkość i pozytywna energia, którą od razu czuło się w powietrzu. I to właśnie ona najlepiej opowiedziała ich historię w kadrach, które powstały tego dnia.
Dni takie jak ten przypominają nam, dlaczego tak bardzo kochamy fotografować. Nie tylko dlatego, że powstają piękne kadry, ale przede wszystkim dlatego, że możemy być blisko ludzi w ich najważniejszych chwilach. Ola, Szymon – dziękujemy, że zaprosiliście nas do swojej historii. Wasze „tak” w ogrodach Hotelu Dębowego na pewno jeszcze długo będziemy pamiętać.
Zapraszamy do kontaktu. Chętnie umówimy się na kawę w celu poznania się i omówienia ewentualnej współpracy.
Chrzest Neli
Paweł Kuźmicki
Kolejne spotkanie z jedną z naszych ulubionych rodzin – Moniką i Danielem! Były już sesje w parze, był ślub, więc radość była ogromna, gdy tym razem mogłem uwiecznić chrzest ich córeczki Neli.
Celowo piszę w liczbie pojedynczej, bo zaszczyt był podwójny – Monika (moja Monika) została poproszona o bycie chrzestną! Duma, radość i wzruszenie w pakiecie – a ja miałem przywilej uchwycić te wszystkie emocje w kadrach.
Uroczystość odbyła się w Kościele pw. Marcina Biskupa w Żelaźnie – niewielkim, ale niesamowicie urokliwym miejscu. Ten kościół znamy już z kilku reportaży ślubnych, więc wiedziałem, że światło wpadające przez jego witraże potrafi zrobić prawdziwą magię. I nie pomyliłem się – miękkie promienie nadały całemu reportażowi subtelności i wyjątkowego klimatu.
Cały dzień przebiegł w ciepłej, rodzinnej atmosferze – bez zbędnego pośpiechu, za to z dużą ilością uśmiechów, rozmów i serdecznych uścisków. Nela była wyjątkowo dzielna – zero grymasów, za to dużo ciekawości i tych maleńkich spojrzeń, które topią serce.
Moniko, Danielu – dziękuję, że po raz kolejny mogłem być częścią tak ważnego momentu w Waszym życiu. A Neli życzę, żeby zawsze była otoczona taką miłością i wsparciem, jakie widziałem tego dnia!
Zapraszamy do kontaktu. Chętnie umówimy się na kawę w celu poznania się i omówienia ewentualnej współpracy.
Gośka i Kuba - spacer, pizza i genialne promienie słoneczne
Paweł Kuźmicki
Gośka i Kuba to kolejna para, której miałem przyjemność fotografować ślub. I – ku mojemu kompletnemu braku zaskoczenia – oboje od początku zgodnie twierdzili, że średnio przepadają za zdjęciami, że źle na nich wychodzą, że nie potrafią pozować… no i że, cytuję, są po prostu drewnem. Uwielbiam to określenie! I słyszę je tak często, że spokojnie mógłbym postawić z niego osobny folder na dysku.
Zawsze kiedy ktoś mi tak mówi, wewnętrznie się uśmiecham. Bo z doświadczenia wiem, że za tymi wszystkimi „ostrzegawczymi” deklaracjami często kryje się po prostu lekki stres i próba obniżenia poprzeczki. A tymczasem – niespodzianka – ja nie mam żadnych wymagań wobec osób, które stają przed moim obiektywem. I serio – to nie kokieteria. Nie oczekuję pozowania rodem z okładki, nie szukam „perfekcyjnych” ustawień rąk i nóg. Wręcz przeciwnie – zależy mi na tym, żebyście byli sobą. Bo to właśnie codzienne gesty, spojrzenia i mikroreakcje są tym, co na zdjęciach robi największą robotę. To z tego chcę wyciągać radość, naturalność i pozytywne wibracje. Czy mi to wychodzi? Uważam, że tak!
Wracając do Gośki i Kuby – mimo ich zapewnień, że nic z tego nie będzie, że oni przecież „nie umieją” – zrobiliśmy razem naprawdę kawał dobrej sesji. Był spacer, były przytulasy, dużo śmiechu i… była też pizza. I to nie byle jaka! Jeśli kiedyś będziecie w Katowicach, koniecznie wpadnijcie do Cafe Byfyj. Ja, człowiek z natury raczej odporny na pizzę, naprawdę ją pokochałem. Jedyny minus? Trzeba się wybrać na osiedle Nikiszowiec, ale z drugiej strony – to przecież jedno z najbardziej klimatycznych miejsc na Śląsku. I właśnie tam zrobiliśmy większość zdjęć. Choć pod koniec dnia, z pełnymi brzuchami i świetnym światłem, wylądowaliśmy jeszcze pod katowickim Spodkiem. A kto by się czepiał detali?
Finalnie wyszła z tego sesja pełna ciepła, bliskości, śmiechu i smacznej pizzy – a ja, oprócz super ludzi i dobrej energii, dostałem w bonusie magiczne światło, które pozwoliło mi zamienić te chwile w coś naprawdę wyjątkowego.
Zapraszamy do kontaktu. Chętnie umówimy się na kawę w celu poznania się i omówienia ewentualnej współpracy.
Sandra - sesja wizerunkowa
Paweł Kuźmicki
W dzisiejszym cyfrowym świecie pierwsze wrażenie często robimy nie osobiście, a online. To właśnie tam klienci, odbiorcy i współpracownicy po raz pierwszy nas widzą – na stronie internetowej, w social mediach, na LinkedInie. Dlatego sesje wizerunkowe mają dziś ogromne znaczenie. Dobrze wykonany, aktualny portret nie tylko pokazuje, kim jesteśmy, ale też buduje zaufanie, podkreśla nasz profesjonalizm i autentyczność. Wizerunek to nie próżność – to narzędzie komunikacji.
Z Sandrą znamy się od wielu lat, ale dopiero teraz mieliśmy okazję spotkać się w bardziej fotograficznych okolicznościach. Sandra na co dzień zajmuje się hipnozą oraz mentoringiem – prowadzi ludzi przez zmianę, pomaga im odnaleźć spokój, siłę i własną drogę. Potrzebowała świeżych zdjęć do social mediów, które pomogą jej lepiej zaprezentować się w sieci. Wiedząc, jak istotna w tej branży jest autentyczność i profesjonalny wizerunek, z przyjemnością przyjąłem to zlecenie.
Nasze spotkanie odbyło się w przestrzeni StudioSquare w Świebodzicach – miejscu, które świetnie nadaje się do sesji portretowych. Kameralna atmosfera, naturalne światło i minimalistyczne wnętrze dały nam sporo swobody do działania. Od początku wiedziałem, że nie będzie to sesja pełna sztywnych póz i chłodnych kadrów – chociaż przyznam, że początkowo zakładałem, że będzie nieco poważniej. W końcu mentoring to nie przelewki, a hipnoza wymaga zaufania i skupienia. Jakże się myliłem!
Już od pierwszych minut atmosfera była lekka, pełna śmiechu, spontanicznych pomysłów i świetnej energii. Sandra jak zwykle zarażała luzem i pozytywnym nastawieniem, a każda kolejna minuta utwierdzała mnie w przekonaniu, że oto właśnie tworzę coś prawdziwego.
Uwielbiam spotkania z ludźmi, którzy wiedzą, kim są i nie boją się tego pokazać przed obiektywem. Sandra jest dokładnie taką osobą – świadomą, uważną i jednocześnie pełną ciepła. Praca z nią to czysta przyjemność, a efekty tej sesji doskonale oddają to, kim naprawdę jest: profesjonalna, autentyczna i… po prostu sobą.
Cenię sobie każde takie spotkanie – bo dobre zdjęcia to nie tylko kwestia techniki, ale przede wszystkim relacji, energii i wzajemnego zaufania. Dzięki Sandra za ten wspólny czas – i oby więcej takich sesji!












































































































































































































































































































































































































